Wybór wakacji dla weganina i weganki zdominowany jest nie przez to, co chcieliby zwiedzić, a przez to co będą mogli zjeść. Na jednodniowej wycieczce można sobie skombinować cokolwiek, ostatecznie zapchasz się paluszkami i orzeszkami, ale gdy w grę wchodzi kilka albo kilkanaście dni, to wizja pożerania kilogramów paluszków i popijania ich litrami piwa robi się przerażająca. Może kiedyś, jak się miało 17 lat, to piwna zupa mogła zapewnić satysfakcję i poczucie spełnienia przez tydzień imprezy. Jednak po 40-stce człowiek oczekuje już trochę więcej luksusu... a dla wegańskich podróżników więcej luksusu oznacza wejście do restauracji, w której do wyboru są nie tylko frytki i sałatka grecka bez fety (czyli sałata z warzywami taka sama jaką dajesz świnkom morskim 3 razy dziennie i to za 5 zł a nie za 45zł).
Wyruszyliśmy zatem na północ Polski poruszając się szlakiem roślinnych barów. Na pierwszy rzut oka wydawało się to nawet proste. Wpisując w Google hasło "wegańskie restauracje w..." wyskakuje mnóstwo propozycji, jednak po wejściu w poszczególne linki okazuje się, że z roślinnych opcji mają (uwaga!) ryby... Musieliśmy spędzić sporo czasu, żeby wyłuskać te prawdziwe wegańskie restauracje, które jeszcze istnieją.
I tak oto w Poznaniu trafiliśmy do restauracji OWCA CAŁA https://owcacala.com/.

Sympatyczna ze stolikami także na zewnątrz, wyglądająca dość skromnie, ale to co czekało nas po otrzymaniu dań było całkowicie nieskromne. To była eksplozja smaku. Zamówiliśmy ravioli w sosie kremowo-cytrynowym - zaskakująco pyszne, śmiem nawet twierdzić, że to było najlepsze danie jakie kiedykolwiek jadłam. Nie musiałam pytać, czy mojemu kompanowi też smakuje, ponieważ w wyniku oczarowania smakiem zamówił jeszcze jedno danie, żeby przedłużyć tę rozkosz albo może żeby najeść się na zapas, w razie gdybyśmy już nie znaleźli tak dobrej roślinnej restauracji w nadchodzących dniach. Zamówił makaron z bobem, też pyszne, choć tym pierwszym daniem tak wysoko podnieśli poprzeczkę, że ciężko było jej dorównać, a co dopiero przeskoczyć. Zaznaczam, że makaron produkują we własnym zakresie, co można odczuć już po pierwszym kęsie.



Kolejne miasto - Toruń - wydawało się mieć sporo roślinnych opcji, ale gdy dojechaliśmy na miejsce wieczorową porą, okazało się, że część restauracji była już nieczynna, a jedna, która miała status otwartej była całkowicie zamknięta. Rozczarowani i zniechęceni przypadkiem trafiliśmy na knajpę BBQ&VEGAN https://restauracjaluizjana.pl/.

I był to całkiem udany przypadek. Mogliśmy sprawdzić jak smakuje niemięso McCartney. Nie jest to restauracja całkowicie wegańska, natomiast w menu mają baaardzo duży wybór dań roślinnych. Różne rodzaje burgerów, ale też nietypowych dań o zaskakujących smakach. Wybraliśmy burgera, boczniaka w panierce, zupę chowder i danie calapulcra. Burger taki standardowy w smaku, nic szczególnego, natomiast zupa i danie miało zupełnie nowy dla mnie smak. Nasze brzuchy i kubki smakowe były zadowolone.


Po drodze Grudziądz Iława nie zaoferowały nam nic. W Ostródzie dowiedzieliśmy się, że w kawiarni Kawa na ławę mieli ciasto wegańskie, ale 3 dni temu, musieliśmy się zadowolić kawą z mlekiem roślinnym, co było nawet przyjemnym doświadczeniem, bo mieli bardzo aromatyczne syropy m.in. różany i waniliowy.

Nadzieję pokładaliśmy w Olsztynie. Tutaj jedną z niewielu atrakcyjnych wegańsko opcji wydawał się bar mleczny Green, faktycznie było tam kilka roślinnych propozycji, takich niewymyślnych typu gulasz meksykański. Zamierzaliśmy tam pójść, jednak po drodze natknęliśmy się na bar, który miał w karcie wegańskie burgery, pizzę z wegańskim serem oraz jeszcze inne roślinne opcje. Handmade Cafe https://www.handmadecafe.pl/. Pyszna pizza i ciekawie podane danie typu gyros - zapiekane w naczyniu pod kołderką z wegańskiego sera. Dużo smaków, które rozpieściły nasze podniebienia.


Na drugi dzień poszliśmy na kawę i ciasto do kawiarni KOFIK https://kawiarniakofik.eatbu.com/, która podobno często miewa ciasto wegańskie i tym razem nam się udało trafić na roślinną tartę. Smaczna, mało cukru, jak ktoś liczy na cukrową rozpustę, to raczej nie tam, ale za chwilę napisze, gdzie taką rozpustę można znaleźć.
I tym słodkim akcentem pożegnaliśmy północną część Polski, ponieważ im dalej w Mazury tym większe zapasy musieliśmy robić w sklepach, żeby burczenie w brzuchu nie zakłócało nadjeziornych wieczorów.
Przy okazji koncertu Mobyego, postanowiliśmy sprawdzić Warszawę pod kątem wegańskich pyszności. Tyle słyszeliśmy, że stolica to raj dla wegan. Na kolację wybraliśmy się do UMI https://umibistro.pl/. Azjatycka totalnie roślinna kuchnia. Duży, można nawet stwierdzić, że za duży jak dla wegan z mniejszego miasta, wybór. Porcje spore, wszystkie potrawy smaczne, jednak jak na mój gust zbyt mało orientalnego i wyrazistego smaku. Ceny natomiast zaskakująco niewielkie jak na Warszawę. Ciekawostką były dania z dodatkiem imitacji krewetek, choć w smaku nie było to rewelacyjne.



Wisienką na torcie (choć w tym przypadku bardziej jagódką) okazała się cukiernia BAJA.. Wystrój i lokalizacja w ogóle nie odzwierciedlają tego co się tam kulinarnie wyprawia. Choć na starcie ceny drożdżówek nie wyglądały zachęcająco, to po zanurzeniu zębów w pistacjowej rurce albo tartaletce z kremową aksamitną masą żadna cena nie wydawała się zbyt duża. Do tego ciasto a la sernik po prostu mistrzostwo.


